
Rzemiosło bez śmieci: Tradycyjny warsztat w służbie Gospodarki Obiegu Zamkniętego
W dobie nowoczesnych definicji takich jak „zero waste” czy „cyrkularność”, podlascy rzemieślnicy udowadniają, że szacunek do materiału to etos przekazywany z pokolenia na pokolenie. Zapraszamy do zapoznania się z materiałami wypracowanymi
w ramach projektu „Nowe Horyzonty Rzemiosła -regionalny program zwiększenia adaptacyjności rzemiosła”.
Inspiracja merytoryczna: Prezentowany podcast pt. „Rzemiosło bez śmieci” jest dźwiękową
adaptacją opowiadania „Skrzynia, w której nic nie ginie„.
1. Podcast: Rzemiosło bez śmieci – rozmowy o gospodarce obiegu zamkniętego w warsztacie”
Posłuchaj o tym, dlaczego stolarz „nie umie” wyrzucać materiału do kosza i jak rzemiosło realizuje najbardziej rygorystyczne normy ekologiczne poprzez zwykły rozsądek.
Transkrypcja podcastu: Rzemiosło bez śmieci – rozmowy o gospodarce obiegu zamkniętego w warsztacie”
Wyobraźmy sobie przestrzeń, w której koncepcja śmieci tak dosłownie nie istnieje. Nie ma tam ani jednego kosza. To, co w nowoczesnych biurowcach, czy na uniwersyteckich aulach z wielką dumą nazywamy gospodarką obiegu zamkniętego.
Albo strategią zero waste, prawda? Dokładnie. Zero waste. A dla pewnego stolarza, takiego rzemieślnika z krwi i kości, to jest po prostu wtorek.
Zderzamy dzisiaj wielkie akademickie teorie z takim, wiesz, zapachem surowego drewna, starego kleju i dymu. I to jest fascynujące zderzenie. Oj tak.
Bierzemy dzisiaj na warsztat opowiadanie pod tytułem Skrzynia, w której nic nie ginie. To jest relacja z pierwszej ręki, napisana z perspektywy człowieka, którego miejsce pracy wywraca do góry nogami to nasze dzisiejsze, no powiedzmy dość sterylne postrzeganie ekologii. Odkryjemy dziś, dlaczego ten stary rzemieślniczy etos uczy szacunku do zasobów lepiej niż, no nie wiem, najbardziej skomplikowane wykresy przepływu materiałów na szkoleniach.
Właśnie. I od razu wchodzimy w samo sedno tej naszej dzisiejszej analizy. Bo historia zaczyna się od fantastycznego spotkania dwóch zupełnie różnych światów.
Główny bohater opowiada nam o swojej wnuczce, Zosi. Zosia studiuje na jakimś nowym kierunku o nazwie tak skomplikowanej, że samego dziadka przyprawia to o zawrót głowy. Tak, z tego co pamiętam wpada do tego pełnego wioru w warsztatu.
Otóż to wpada i jest takim absolutnym przekonaniem oświadca, że to co on robi tam od dekad, to jest właśnie cyrkularność i ta cała gospodarka obiegu zamkniętego. Czyli przedmioty, z których ona musi zdawać naprawdę trudne zaliczenia, prawda? No i reakcja tego człowieka, wiesz, mówi nam wszystko o przepaści między taką czystą teorią, a codzienną praktyką. Bo stolarz patrzy na swoją starą skrzynię pod oknem.
Tę, z której akurat wyciągnął garść jakichś drewnianych kołków. Zgadza się. Unosi wbrew i spokojnie odpowiada, że on to robi od czterdziestu lat.
Tylko, że on nazywa to po prostu niebyciem rozrzutnym. Wspomina tam też swojego pradziadka, no nie? Tak, pradziadek miał na to jeszcze krótsze określenie, mówił szanować. I tam pada świetny argument, że za wyrzucenie czegokolwiek wartościowego uczeń w warsztacie nie dostawał nagany za, wiesz, niszczenie planety.
Zdecydowanie nie. Otrzymywał fizyczną karę po łapach od majstra za błąd w sztuce. Dokładnie.
I kiedy czytałem tę anegdotę, widziałem człowieka, który nagle dowiaduje się, że przez całe życie mówił prozą, a świat dopiero teraz wymyślił na to mądrą definicję. I to wywołuje uśmiech, ale kryje się w tym coś głębszego. Właśnie, bo to rodzi u mnie poważną wątpliwość.
Zastanówmy się, czy wymyślanie tych wszystkich wysoce specjalistycznych terminów, jak wielokryterialna optymalizacja cyklu życia, to nie jest w pewnym sensie ucieczka od odpowiedzialności? To bardzo ciekawe pytanie. Znaczy, czy tworząc ten cały skomplikowany żargon mycelowo nie oddalamy się od banalnie prostego, moralnego obowiązku szacunku do materiału? Tego, o którym mówił ten rzemieśnik. Powiem tak.
Język oczywiście kształtuje to, jak my postrzegamy problem. Współczesny żargon zrównoważonego rozwoju został przecież stworzony po to, żeby kategoryzować świat w takiej skali makro. Jasne.
W skali makro to jest potrzebne. Taki system można zmierzyć w Exeru, można to publikować w korporacyjnym raporcie, wdrożyć w globalnych łańcuchach dostaw. Rozumiem, żeby w ogóle zarządzać produkcją na poziomie państw.
Dokładnie tak. Niemniej, uderzasz tu w bardzo czuły punkt. Ten sterylny, technokratyczny żargon gubi coś absolutnie fundamentalnego.
Gubi tę osobistą więź z materią. Zgadza się. To przestaje być nasze.
W przeszłości dbanie o zasoby nie było jakimś śwież wyborem ekologicznym, który wymagał kampanii społecznych, prawda? To był po prostu wbudowany etos pracy. Marnotrawstwo oznaczało brak kompetencji. Słaby stolarz marnował drewno, a ten dobry potrafił wykorzystać każdy centymetr.
Oto to. Nie było w tym ideologii ratowania świata. Był czysty pragmatyzm i taka rzemieślnicza duma z dobrze wykonanej pracy.
Owcem. Zobaczmy zatem, jak ten etos manifestuje się fizycznie w przestrzeni. Skoro ten człowiek z opowiadania nie zna pojęcia zero waste, to jak on właściwie organizuje swój warsztat? Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, a właściwie jej brak.
O tak. Uderza całkowity brak kosza na śmieci. Autor bardzo wyraźnie to zaznacza.
Zamiast tego kosza mamy tę słynną skrzynię pod oknem. Która podobno stoi w tym samym miejscu od 30 lat. 30 lat.
I widnieje na niej taki odręcznie zrobiony przez dawnego majstra napis. Tam jest napisane, tak po prostu jeszcze się przyda. Urocze, ale i niesamowicie pragmatyczne.
I wyobraźmy sobie ten poranek w warsztacie. Całe miejsce pachnie nietkniętym drewnem, olejem lenianym, no i dymem z pieca. A wie, że brak kosza na śmieci w takim miejscu to jest niezwykle silna deklaracja.
Nawet jeśli robi to nieświadomie, prawda? Otóż to. Zwróciłam na to szczególną żagę, bo przecież przestrzeń determinuje nasze zachowanie. Jeśli nie masz możliwości łatwego pozbycia się problemu… Czyli po prostu wyrzucenia esztek.
Właśnie. Wtedy musisz ten problem kreatywnie rozwiązać. Bohater przecież wspomina, że jedyną rzeczą, którą wyrzucił tak z własnej woli, był stary kalendarz ścienny.
Tak. Z 1989 roku. Ale nawet tutaj jest świetny haczyk.
Wyrzucił go tylko dlatego, że potrzebował twardej tektury na szablon. Zatem i tak przetworzył tę śmieć, zanim ostatecznie przestał my służyć. Dokładnie.
Spójrzmy przez chwilę na tę mikrogospodarkę tego miejsca. Bo ten cykl życia drewna to jest, słuchaj, gotowy scenariusz na dokument. Mhm.
Ta kaskada zasobów. Zaczyna się od pięknej, szerokiej deski. Powstaje z niej taki solidny stół.
Mijają lata, wiadomo, stół się niszczy, więc co robi stolarz? Przerabia go na półkę. Z półki z czasem robi mniejszą skrzynkę. A ze skrzynki na samym końcu powstają drobne kołki montażowe.
Albo rączki do dłut. A to wszystko, co zostaje z cięcia, czyli te najdrobniejsze wióry, to wędruje do pieca, by ogrzać cały warsztat. Ale nie wszystkie wióry, bo część idzie do sąsiada.
Tak, genialne. Do pana Heńka, który ma obok węzarnię i podobno robi najlepsze pstrągi w okolicy. Zwieńczeniem całego tego łańcucha jest popiół z pieca, który ląduje jako nawóz pod jabłonią.
A krzesło dla gości w tym warstacie jest zbite z resztek czyjegoś dębu? Dokładnie tak. Jak ty to oceniasz jako ekspertka? Wiesz, z punktu widzenia dzisiejszej inżynierii systemów, my mamy tutaj podręcznikowe wręcz przykład dwóch wielkich pojęć. Jakich? Pierwsze to kaskadowe użycie zasobów, czyli materiał z każdym cyklem traci na swojej pierwotnej wartości strukturalnej.
No bo deska robi się coraz mniejsza. Tak, ale nie staje się przez to od razu odpadem. Znajduje po prostu nowe, optymalne na ten moment zastosowanie.
Drugie pojęcie to z kolei symbioza przemysłowa. Czyli pan Heniek i jego pstrągi. Dokładnie.
W naturze odpad dla jednego organizmu jest pożywieniem dla drugiego. Tutaj odpad z procesu stolarstwa, te wióry, to jest po prostu niezbędne paliwo technologiczne dla tej wędzarni. Perfekcyjny ekosystem.
Zatrzymajmy się tu na moment. Bo powiem ci, że to wszystko brzmi jak piękna, taka wiesz, utopina baśń o staruszku w warsztacie. Bardzo to nostalgiczne.
Oj tak, bardzo. Ale no, bądźmy realistami. Czy taki model ma w ogóle rację bytu poza tym jednym, specyficznym miejscem? My przecież nie zbudujemy dzisiaj wielkich miast, ani nie utrzymamy naszej cywilizacji opierając się na jakiejś sąsiedzkiej wymianie wiórów na ryby.
No zgadza się, nie zrobimy tego. Więc czy zachwycając się tą historią, nie próbujemy przypadkiem tak naiwnie udawać, że skomplikowane problemy globalnego kapitalizmu można rozwiązać za pomocą tej jednej starej skrzyni? Twój sceptycyzm jest tu jak najbardziej na miejscu. Oczywiście, że nie przeniesiemy tego układu z panem Henkiem jeden do jednego, wiesz, na przykład do globalnej korporacji.
No właśnie, ta złożoność procesów produkcyjnych. Tak, ona na to nie pozwala. Ale to, co my obserwujemy w warsztacie, to nie jest instrukcja obsługi dla światowej gospodarki.
To jest raczej demonstracja jej absolutnie fundamentalnych zasad. Czyli zasada pozostaje ta sama. Zasada zamykania obiegów działa dokładnie tak samo na każdym poziomie.
Czy to jest pojedynczy stolarz, czy gigantyczna huta. Różnica jest tylko taka, że na poziomie globalnym my próbujemy wdrażać to odgórnie. Przez regulacje prawne, generując ogromne koszty.
I zazwyczaj spotkając się z wielkim oporem. Otóż to. Tymczasem rzemiesielnik wdrożył to całkowicie, oddolnie, organicznie, kierując się czystym rozsądkiem.
Myśmy w makroskali po prostu przywykli do tego, że surowce są tanie. Zapomnieliśmy o tych podstawach. Zbudowaliśmy cały system oparty na marnotrawstwie.
I to organiczne, idealne środowisko tego warsztatu w pewnym momencie brutalnie zderza się w opowiadaniu ze światem zewnętrznym. Pamiętam ten moment. Wizyta ekipy telewizyjnej.
Tak. Do warsztatu puka lokalna telewizja. Chcieli zrobić taki ładny reportaż o ekologicznym warsztacie.
Inicjatywa super, bo przecież chcą promować dobre postawy. Ale na miejscu dochodzi do kompletnego absurdu. No, kompletnego.
Dziennikarka i kamerzysta rozglądają się po tym czyściutkim, idealnie zaplanowanym pomieszczeniu i są strasznie zawiedzeni. Rozpaczliwie proszą o pokazanie im jakichś odpadów, żeby mieć to ładne zbliżenie na kosz. Dokładnie.
Zależy im na śmieciach, bo jak sami mówią, rzekomo kamera lubi śmieci i dramat. I to jest moim zdaniem jeden z najbardziej przenikliwych momentów w tej całej historii. On tak świetnie obnaża naturę współczesnej narracji o ekologii.
Że niby w jakim sensie? W takim, że żyjemy w kulturze, która wymaga spektaklu. Ekipa przyszła nakręcić film o bohaterze ratującym planetę. A bohater, wiesz, w naszej kulturze musi walczyć z widocznym wrogiem.
Z górą plastiku, z dymiącym kominem. Brakuje im tu wizualnego konfliktu. Stolarz ma po prostu porządek.
Ma piec i króliki od sąsiada za oknem. Zero dramatu. Ponieważ oni nie mogą tam znaleźć ani grama prawdziwych śmieci, decydują się na takie wyreżyserowanie sceny.
Próbują go nakłonić, żeby coś wyrzucił. Tak, proszą go, żeby wziął malutki ścinek takiej, wiesz, brzozowej sklejki i po prostu demonstracyjnie rzucił to do skrzeni. Tylko żeby to nagrać.
To mi trochę przypomina takie kulinarne show w telewizji. Gdzie reżyser każe kucharzowi spalić danie dla dramaturgii. O, dokładnie.
Bo ta perfekcyjnie zorganizowana kuchnia jest dla widza potwornie nudna. Taka jest dynamika dzisiejszych mediów. Ale reakcja stolarza, no ona jest tutaj kluczowa.
On się w końcu zgadza. Bierze ten ścinek, unosi nad skrzynią i co robi? I zastyga. Zastyga.
Ręka zatrzymuje mu się w powietrzu. Jak on to sam ujmuje w tekście, ona przykleiła się do sumienia. Druga próba też kończy się całkowitym fiaskiem.
I w końcu on mówi wprost. Nie umiem wyrzucać. Ale zastanówmy się, dlaczego taka bardzo prosta czynność, do tego tylko udawana przed obiektywem, wywołuje u niego taki fizyczny wręcz paraliż.
Dlatego, że to wcale nie była zwykła czynność manualna. To było żądanie, żeby on złamał swój wewnętrzny kręgosłup moralny. Rozumiesz? Przez 40 lat kształtowany przez tę zasadę, że wszystko się przyda.
Otóż to. Wyrzucenie dobrego materiału, nawet w formie teatru dla telewizji, to jest dla niego akt profanacji. Ten dysonans jest absolutnie fascynujący.
Telewizja reprezentuje po prostu nas samych, to prawda. Tak. Oczekujemy performansu.
Chcemy widzieć, że ludzie myją ten plastik, sortują go. To nam daje poczucie takiej sprawczości, prawda? Odkupienia win za konsumentolizm. A tymczasem ta prawdziwa ekologia w tym warsztacie jest strasznie nudna.
Nudna i cicha. Bo jej ostatecznym celem jest to, by coś się nie wydarzyło. Żeby ten odpad po prostu nie powstał.
Z punktu widzenia kamery telewizyjnej nic się tam nie dzieje. A z punktu widzenia fizyki uratowano cenną energię i materię. Czyli cywilizacja promuje to leczenie objawów, a warsztat opiera się na niewidzialnej profilaktyce.
Dokładnie tak bym to ujęła. Niewidzialna profilaktyka. Świetne podsumowanie.
Ale to prowadzi nas do jeszcze głębszej refleksji, bo chodzi o naszą więź z samymi przedmiotami. Skoro wyrzucenie małego kawałka sklejki powoduje taki opór, to jak łatwo nam przychodzi dzisiaj pozbywaniu się całych gotowych mebli. No właśnie.
I tu pojawia się kolejna doskonała historia z warsztatu. Tak. Na scenę wkracza klient.
Przynosi do naprawy krzesło. Takie jesionowe krzesło po babci. Prawdopodobnie jeszcze z lat pięćdziesiątych.
Krzesło bardzo już zmęczone życiem, z tego co czytałam. Ten klej zupełnie wysechł, no i konstrukcja po prostu się chwieje. Sam klient w ogóle uważa je za złom.
Stuka w to oparcie i mówi stolarzowi, żeby właściwie to wziął je sobie na części. Bo twierdzi, że to nie ma sensu. Że nie ma sensu naprawiać, bo w najbliższym markecie on za stówę kupi porządne nowe.
I rzemieśnik robi tu coś, co mnie uderzyło najbardziej. Mnie też. Zamiast tam dyskutować z nim o cenach, czy wytrzymałości tego drewna, odwraca to krzesło i zaczyna pokazywać detale.
Te niewidoczne z pozoru ślady. Pokazuje takie małe serce, wyryte kiedyś tam, pewnie z cyzorykiem, na spodzie siedziska. Wskazuje mu też te ślady małych dziecięcych zębów na nodze krzesła.
Pamiątkę po kimś, kto z nudów je gryzł. Plamy po jakimś rozlanym atramencie. I tłumaczy mu to niesamowicie.
Tak. Mówi, że ten mebel to nie jest kawałek drewna do siedzenia. To jest archiwum.
Miejsce, gdzie ktoś odrabiał lekcje i gdzie ktoś tam, wiesz, ukradkiem się zakochywał. Tego, jak podkreśla stolarz, nie da się kupić w żadnym markecie. I reakcja klienta na to jest bezcenna.
Milknie całkowicie. Wpatruje się w to małe serce i mówi w końcu, żeby stolarz to naprawił. Dodaje tylko takie, babcia by się ucieszyła.
Ojej, to jest naprawdę wzruszające. I wtedy padają te wielkie słowa majstra Wojciecha. Z dobrego drewna nie robi się śmieci, robi się drugą rzecz.
A główny bohater dodaje zdanie, które mnie po prostu wbiło w fotel. My naprawiamy pamięć. Wiesz co, my naprawiamy pamięć to jest w ogóle chyba emocjonalny fundament każdej dyskusji, jaką powinniśmy toczyć o obiegu zamkniętym.
Zgodza się. Nasze dzisiejsze debaty są strasznie uwięzione w ramach jakiejś tam efektywności energetycznej. W bilansach dwutlenku węgla.
A przecież najsilniejszą zaporą przed wyrzucaniem czegokolwiek nie jest inżynieria, to jest nasza więź emocjonalna. Dopóki przedmiot ma duszę, dopoty człowiek będzie o niego dbał. Otóż to.
Historie takie jak ta przypominają nam, dlaczego w ogóle chcemy zachować materię. Ale słuchaj, czy nie jest czasem tak, że ta dzisiejsza machina ekonomiczna, ta kultura, która oferuje nam to krzesło za stówę, jest wręcz celowo skonstruowana, żeby nas od tej pamięci odciąć? No z pewnością. To ułatwia konsumpcję.
Bo kiedy taki mebel staje się po prostu bezdusznym produktem z taśmy, to my zrzucamy z siebie ten ciężar odpowiedzialności. Wyrzucamy go bez żadnych wyrzutów sumienia przy pierwszej przeprowadzce. Brak więzi jest dzisiaj dla nas po prostu wygodny, no nie? Absolutnie się z tobą zgodzę.
Ta cała psychologia konsumpcjonizmu opiera się na tym odcinaniu nas od przeszłości. Żebyśmy tylko kupowali nowe. Jasne.
Nowy przedmiot to jest szybki zastrzyk dopaminy, taka obietnica, wiesz, nowego otwarcia. A stary przedmiot, podniszczony, on po prostu wymaga czasu i opieki. W tym pędzącym świecie konserwacja wydaje się stratą czasu.
I ten klient reprezentował dokładnie takie pragmatyczne myślenie. Zepsute krzesło było dla niego tylko problemem logistycznym. Który chciał rozwiązać szybkim zakupem.
A rzemieśnik zmusił go do powrotu do takiego myślenia humanistycznego. Bo wiesz, złoty środek nie polega na tym, żeby sobie wszystkiego odmawiać. Wiadomo, musimy używać rzeczy.
Polega po prostu na dostrzeżeniu, że przedmioty wokół nas to nie jest jakaś bezkształtna materia, tylko to są nośniki doświadczenia ludzkiego. Bez tych emocji świat staje się po prostu jednorazowy. I ta wizja jednorazowego świata jest dość przerażająca.
Ale na szczęście stolarz w tym swoim zakurzonym wersztacie trzyma się innej drogi. On zachowuje tę ciągłość historii. To nas prowadzi z powrotem do skrzyni z napisem zawsze się przyda.
Bo obietnica na tej skrzyni wcale nie jest rzucana na wiatr. Oj nie, dowiadujemy się przecież co się stało z tym małym ścinkiem sklejki. Właśnie.
Z tym samym, którego on nie potrafił wyrzucić do śmieci przy kamerzyście. Następnego dnia wyciąga go z tej samej skrzyni, powoli struga z niego precyzyjny klin i wciska w ramę okna, żeby to okno nie trzaskało podczas silnych wiatrów. Rozwiązał problem z krawkiem materiału.
Dokładnie. Ścinek stał się rozwiązaniem, a kosmos w warsztacie znowu osiągnął taką niezachwianą równowagę. Bo jak widać, solidny materiał prędzej czy później domaga się użycia, prawda? Ten szacunek do zasobów to nie jest jakaś tam teoria z laboratoriów.
To jest wielka lekcja cierpliwości. Rzemieślnik po prostu poczekał, aż ta sklejka znajdzie przeznaczenie. Dokładnie tak.
A w naszym świecie ta cierpliwość stała się równie, wiesz, deficytowa, co samo drewno. I słuchajcie, to jest chyba ten idealny moment, żebyśmy na chwilę się wszyscy zatrzymali. My dzisiaj analizowaliśmy wióry dla sąsiada, ratowanie jesionowego krzesła po babci i spektakle telewizyjne.
Ale zostawmy już ten warsztat. Spójrzmy przez chwilę na nasze własne domy. To może być trudne ćwiczenie.
Tak, ale bardzo potrzebne. Każdego dnia bez mrugnięcia okiem pozbywamy się dziesiątek rzeczy. Robimy porządki, uwalniamy przestrzeń, bo przecież zasługujemy na coś nowszego i bardziej w trendach.
Zawsze chcemy tego, co nowe. Więc co by się stało, gdybyśmy od jutra wprowadzili u siebie w głowie taką małą pauzę? Zanim cokolwiek, cokolwiek wrzucicie do tego czarnego worka na śmieci, zatrzymajcie się na ułamek sekundy. Pomyślcie, co tam jest.
Pomyślcie, co by było, gdybyśmy potraktowali ten wyrzucany przedmiot, jakby gdzieś głęboko na dnie krył się wyżyty z cyzorykiem znak z przeszłości. Jakiś cichy dowód czyjegoś życia. Zastanówmy się, czy jako społeczeństwo przyzwyczajone do tej błyskawicznej wymiany wszystkiego wokół, jesteśmy w ogóle zdolni odzyskać tę powolną, rzemieślniczą wrażliwość.
W świecie zaprojektowanym na natychmiastowe zapominanie to jest chyba największe wyzwanie. I z tą myślą dzisiaj was zostawiam. Zawsze się przyda.
Głos 1: Wyobraźmy sobie przestrzeń bez ani jednego kosza na śmieci. To, co dziś nazywamy dumnie GOZ, dla rzemieślnika jest po prostu „niebyciem rozrzutnym”.
Głos 2: Historia zaczyna się od wnuczki Zosi, która uświadamia dziadkowi, że on od 40 lat prowadzi „cyrkularność”.
Głos 1: Fascynujący jest cykl życia drewna — od mebla po paliwo do wędzarni sąsiada Heńka. To podręcznikowa symbioza przemysłowa.
Głos 2: Najważniejsze jest jednak zdanie: „My naprawiamy pamięć”. To emocjonalna więź z przedmiotem sprawia, że o niego dbamy i nie wyrzucamy go.
Poniższy tekst posłużył jako fundament merytoryczny do dyskusji o praktycznym wymiarze Gospodarki Obiegu Zamkniętego (GOZ) w podlaskich warsztatach, realizowanej w ramach Zadania 1.3 projektu
2. Opowiadanie: Skrzynia, w której nic nie ginie
„Z dobrego drewna nie robi się śmieci. Robi się drugą rzecz”. Te słowa starego mistrza Wojciecha to fundament naszej opowieści o Panu Andrzeju i jego niezwykłej skrzyni, która od 30 lat stoi pod oknem warsztatu, niosąc hasło: JESZCZE SIĘ PRZYDA.
W tym świecie deska staje się stołem, stół półką, a najmniejszy wiór wraca do ziemi jako popiół pod lokalną jabłoń. To modelowy przykład kaskadowego użycia zasobów, który w rzemiośle stosuje się od zawsze..
——————————————————————————–
Niniejszy materiał został wypracowany w maju 2026 r. podczas instruktażu z instruktorem ds. social media.
Działanie zrealizowano w ramach projektu „NOWE HORYZONTY RZEMIOSŁA – regionalny program zwiększenia adaptacyjności rzemiosła” nr FEPD.07.03-IP.01-0013/24,
Zadanie 1.3: „PROMOCJA. Marketing social media w budowaniu nowego wizerunku rzemiosła.”
Projekt współfinansowany przez Unię Europejską ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego Plus w ramach programu Fundusze Europejskie dla Podlaskiego 2021-2027.
Beneficjent: Izba Rzemieślnicza i Przedsiębiorczości w Białymstoku.
#FunduszeUE

